U mnie Panie wszystko jest pod kontrolą…!?

U mnie Panie wszystko jest pod kontrolą…!?

Nie tak dawno wpadłem do biura mojego kolegi, bo poprosił mnie o konsultacje. Współpracujemy od dawna i znamy się jak stare wygi. Czasami sotykamy się konsultując albo wspólnie występując do jednego Klienta – jego lub mojego.  Obaj wyznajemy zasadę, że współpraca daje więcej zysków niż konkurowanie. W pewnym momencie weszła do gabinetu jego asystentka mówiąc: „Szefie, pan X przyszedł”. Ja już się zerwałem, by nie przeszkadzać mu w spotkaniu, zresztą wpadłem zupełnie nie przygotowany do biznesowego spotkania, w lekkich letnich spodniach i koszuli, ale kolega chwycił mnie za rękę i zatrzymał słowami: „Poczekaj, poznasz prezesa X, który zarządza takim jednym z większych biurowców i opowiesz mu, jak możesz mu pomóc”. Nie lubię takich spotkań bez przygotowania. Po prostu nie lubię. Lubię przygotować się do spotkania. Zrobić reaserch na temat firmy, z której właścicielem lub zarządzającym rozmawiam, sięgnąć do wiedzy współpracujących ze mną ekspertów, posłuchać co „piszczy” na rynku na temat klienta. Wyznaję starą zasadę, że jeśli wiesz coś więcej od Klienta, niż on sam to wie, zawsze go zainteresujesz. Nie lubię spotkań nie przygotowanych. Do gabinetu kolegi wkroczył jego Klient, Pan X i usiedliśmy razem po kurtuazyjnych wstępnych rozmowach. Mój kolega zaanonsował mnie tekstem, iż jestem ekspertem zajmującym się pomocą firmom „w kłopotach” szczególnie jeśli chodzi o redukcje kosztów związanych z nieuczciwością, nierzetelnością i nielojalnością menadżerów, kontrahentów i tak dalej. Pan popatrzył na mnie trochę jak na jakiegoś ufoludka, albo gościa, który wyskoczył zza węgła. Ale kolega kontynuował coś w stylu: „Panie Prezesie, jak będzie Pan miał kłopoty to Michał i jego firma Panu pomogą”. I tu ze strony pana X padło pytanie, którego strasznie nie lubię: „A jak ma mi Pan pomóc, kiedy u mnie nie ma żadnych problemów, wszystko mam pod kontrolą, nikt nie kradnie, wszystko jest w najlepszym porządku!”.

Ja w tym momencie już mentalnie powoli zacząłem się zbierać, myśląc jak zawsze w takich sytuacjach o tym, że w większości firm najmniej poinformowani o tym, co dzieje się na dole są właściciele biznesów i członkowie zarządów spółek. Ich wiedza to w głównej mierze przetrzepana przez menadżerów syntetyczna papka, w której zwykle wszystko jest „w najlepszym porządeczku”, bo ich podwładni wiedzą, że najgorsze rzeczy należy schować i zamieść pod dywan, bo jak się szef zdenerwuje, to z roboty wylać musi. Dlatego wiedzę osób zarządzających można w sposób łatwy opisać: „to wiedza z jednego punktu widzenia, wybranego tak, by szef wiedział tylko to, co wiedzieć powinien”. A to, co powinien wiedzieć, ściśle opisuje jeden prosty kwantyfikator: „prezentujemy tylko to, co daje nam pracę a nie prezentujemy tego, co nas może dyskwalifikować jako menadżerów”. Myśląc, zbierałem „swoje zabawki” dopijałem kawę i gratulowałem Panu Prezesowi, że musi być świetnym menadżerem, jeśli jest pewien, że wszystko w jego firmie gra jak „ta lala”.

 

I Pan Prezes X wypowiedział kolejne zdanie: „A co może u mnie nie grać?”. I tu mnie powstrzymał przed ostatecznym podniesieniem mojej pupy z fotela i wyjścia z uśmiechem numer 234 na twarzy. „ Wie pan wszystko o tym, co w Pana firmie może nie grać?”. Kiwnął głową i dostrzegłem w jego oczach przez ułamek setnej sekundy zdziwienie. Ten rodzaj zdziwienia, który włącza we mnie inwencję analityczną. Szybko w głowie zobaczyłem znany mi skąd inąd biurowiec. Mijam go przynajmniej raz w tygodniu przejeżdżając samochodem koło niego. I zacząłem…: Czy pan Prezes zbadał np. czy wszystkie płacone przez pana firmę faktury mają pokrycie w umowach? Czy ma Pan w swojej firmie system DLP, który na gorąco analizuje to, co, gdzie, kiedy i jak robią Pana pracownicy, menadżerowie w godzinach pracy na swoich służbowych laptopach, smartfonach? Czy weryfikował Pan koszty usług, za jakie Pan płaci? Czy Pan nie przepłaca a tak wyłudzone pieniądze nie trafiają do kieszeni pana podwładnych? Czy sprawdzał pan wysokość stawek wynegocjowanych przez najemców i czy faktycznie oni je płacą? Czy ma Pan u siebie w ogóle kogoś, kto sprawdza, czy realizacja reklamacji nie ma charakteru fraudowego? Czy wie Pan w ogóle, że Pana firma traci mniej więcej 8% przychodów wyłącznie z tego powodu, że Pana pracownicy Pana po cichu i długie lata okradają? I niech Pan sobie sam to policzy, ile pieniędzy traci Pańska firma. Pan Prezes siedział i słuchał mojej perory. Ale kontynuowałem: A czy jakieś istotne informacje dla grona Pana najemców nie wyciekają do np. zainteresowanych pewnymi danymi osobami z ich konkurencji? Czy prowadzi pan rejestr gości i czy sprawdza Pan wyrywkowo, czy wśród tych osób nie ma takich, które nigdy nie były przez najemców zapraszane? Czy prowadzi Pan w ogóle monitoring przemieszczania się osób na kartach gości? Czy pan wie, czy najemcy powierzchni w Pana biurowcu, płacą faktycznie za zużyty prąd, wykorzystaną wodę? Czy ma Pan system wykrywający anomalie w zachowaniach wszystkich zatrudnionych w biurowców pracowników? Czy jest Pan przygotowany na NIS (dyrektywa UE w sprawie bezpieczeństwa sieci i informacji), bo przecież w pana biurowcu sieć jest pod Pana nadzorem? A jeśli systemy komunikacyjne czyli windy są nadzorowane zdalnie, czy sprawdza Pan ich podatność na cyberatak? Bo kto będzie odpowiadał za straty, jeśli haker dla zabawy zablokuje Panu w biurowcu windy, albo drzwi przeciwpożarowe, odetnie komuś dostęp do biura albo włączy system spryskiwaczy niszcząc ważne dla danej korporacji – pańskiego klienta dokumenty lub dane?  Czy posiada Pan sprawny system pozwalający na pełny monitoring zdarzeń? Czy w ogóle przeprowadził Pan u siebie pełny audyt bezpieczeństwa z uwzględnieniem aktów terroru i cyber-bezpieczeństwa? Czy robił pan testy pentracyjne? – tu spojrzałem na mojego interlokutora i zobaczyłem w jego oczach odpowiedź. Chyba przechodzący przez Warszawę front niżowy spowodował mój największy słowotok jaki ze mnie wypłynął w ostatnim czasie. Aż poczułem lekki wyrzut sumienia. Lekki…. Skończyłem – „Jeśli odpowiedzi na zadane przeze mnie pytania, chociaż w 20% brzmią – NIE – to tu jest moja wizytówka i proszę zadzwonić pamiętając, że Członkowie zarządu przed Właścicielem oraz Klientami odpowiadają własnym majątkiem za wszelkie szkody, jakie mogą być skutkiem braku należytego nadzoru nad firmą i powierzonym im mieniem. Tak, w tym mogę pomóc” – uścisnąłem rękę Pana prezesa, mojego kolegi i wyszedłem z biura. Schodząc do parkingu podziemnego, gdzie stał mój samochód zastanawiałem się, czy nie przesadziłem. Może troszeczkę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *